Krew ziemi

"Krew ziemi" to drugi tomik wierszy Leonarda Turkowskiego, wydany przez Księgarnię J. Dippel w Poznaniu w 1937 roku. Dedykowany matce, która nie zdążyła go zobaczyć... Poniżej kilka wierszy.

 

*   *   * *     *    

MOJEJ MATCE poświęcam te wiersze,

chociaż żadnym się do niej nie zwracam.

Dech mój każdy, tak jak dech mój pierwszy,

do Jej piersi mizernej obracam.

 

Dzięki Jej, że mnie zrodziła do walki,

do cierpienia, goryczy i głodu -

choć Jej czasem zgniotłem serce w palcach

w buncie wielkim, najdzikszym, bo młodym.

 

Dobrze, żem odszedłszy zbuntowany,

upadł stokroć grzechem grzmiącym w wieki.

Gdybym stąpał w ogrodzie różanym,

byłbym... byłbym... ale nie: człowiekiem.

 

Dzięki Jej, że mnie zrodziła do męki,

do goryczy, do walki i głodu.

Ziemia święta kataklizmów jękiem

swoim własnym wzgardziłaby płodem.

 

Swoim własnym wzgardziłaby płodem,

odmówiłaby z przekleństwem grobu -

gdybym życie przeszedł mimochodem

i był cieniem swoim - a nie sobą.

 

Różańcami bolesnymi pępowin

matka z ziemią mnie łączy najpierwsza

i z tworzywem moim: polskim słowem.

 

Mojej Matce poświęcam te wiersze.

 

Poznań, styczeń 1937

 

 

Kochanie świata

 

Pójdę dziś z tobą na daleki spacer,

będziemy chodzić całe popołudnie.

Zmówimy sobie swój najszczerszy pacierz

do tego świata, który jest tak cudny.

 

Pójdziemy sobie daleko za miasto,

gdzie ludzie chodzą po słońcu, jak w złocie, --

dopiero kiedy będzie jedenasta,

zaczniemy z żalem myśleć o powrocie,

 

I zobaczymy, czy tam jest to wszystko,

do czego woła nas nasza tęsknota;

a gdy już przestrzeń będzie przy nas blisko,

zamkniem za sobą dni codziennych wrota.

 

Może tam jeszcze została ta wiosna,

której tak mało przecież widzieliśmy;

zapewne jeszcze do dziś tam rosną

białe konwalie z podłużnymi liśćmi.

 

A choćby lato w pełni już tam było,

to też szczęśliwi będziem, jak dzieciary.

Wyładujemy swą świetlaną miłość

i bić będziemy się słonecznym żarem.

 

A może... cicho... -- może tam jest jesień

smętna i rośna -- ta nasza... ta nasza...

Wiew melancholii w pole nas rozniesie

i babim latem podrze o poddasza.

 

Do zimy jeszcze jest chyba daleko.

A gdyby przyszła już swym długim krokiem,

to ją za drzwi -- hop! jak złego człowieka,

z słowami: -- żegnaj, aż w następnym roku!

 

I wszystko jedno, jaka będzie pora

(jesień, o, jesień będzie nieomylnie) --

pozostaniemy tam aż do wieczora,

aby pomodlić się długo i pilnie.

 

Będziem się modlić sercami własnymi

na cześć jesieni, zimy, wiosny, lata;

cicho złączymy się ze sercem ziemi

naszym kochaniem i kochaniem świata.

 

A o dziesiątej albo jedenastej,

kiedy już serca nam w piersiach nie stanie,

tą samą drogą wrócimy do miasta

wielcy, szczęśliwi, nowi, rozkochani.

 

Poznań, lato 1934

 

 

Paderewski

Chełpią się starzy dokoła
wspomnieniami koncertów twych w dalekim świecie.
A ja pamiętam: gdym chodził do szkoły -
grałem drugie skrzypce w twoim menuecie.
 

I widziałem w melodii dawne, niewidziane:
Poznań, ty, i radość niecierpliwych pięści -
27 Grudnia, Powstanie,
i
zwycięstwo.
 

Teraz - mijając Bazar - twe imię gdy wspominam
i wchodzę w plac, na którym dzień walki się budził
- widzę twarze powstańców w lustrze czarnego pianina
i dźwięczący w klawiszach wiekopomny Grudzień. 

Poznań - na 75-lecie urodzin, 1935

 

 

Krucyfiks na biurku

 

Niech będzie krzyż w myśli mojej,

w słowie moim,

w czynie moim -

w całym życiu moim.

 

Drzewa brunatne zwoje

i kręgi twórczości w Panu.

 

Ty -- Jezu

i ja -- z cienia Twego utkany--

nawzajem w siebie wrastamy.

 

Amen.

 

Środa, jesień 1936

 

Zobacz cały tomik w formacie pdf